Jeśli mówię, że zjebałem dany start, to zjebałem i nie bardzo rozumiem, czemu ktoś usiłuje mi wmówić, że jednak odniosłem sukces. Zaprzeczę, to zaraz okazuje się, że jestem rozkapryszonym marudą, który chce zbyt wiele. I to tylko dlatego, że zrobiłem coś więcej niż przeciętny zjadacz chleba. Jestem przekonany, że zarówno mi jak i innym sportowcom amatorom daleko do dzieciaka z muchą w nosie. Po prostu dla nas nie każde ukończenie maratonu, ultramaratonu, czy triathlonu na długim dystansie jest zwycięstwem. Zdaję sobie sprawę, że z czyjegoś punktu widzenia taki wyczyn jest czymś na miarę lotu w kosmos i godnym podziwu. Tyle, że my mamy trochę inną perspektywę. My w ten kosmos latamy regularnie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Triathlon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Triathlon. Pokaż wszystkie posty
24 czerwca 2015
Nie odmawiajcie nam prawa do porażek
Jeśli mówię, że zjebałem dany start, to zjebałem i nie bardzo rozumiem, czemu ktoś usiłuje mi wmówić, że jednak odniosłem sukces. Zaprzeczę, to zaraz okazuje się, że jestem rozkapryszonym marudą, który chce zbyt wiele. I to tylko dlatego, że zrobiłem coś więcej niż przeciętny zjadacz chleba. Jestem przekonany, że zarówno mi jak i innym sportowcom amatorom daleko do dzieciaka z muchą w nosie. Po prostu dla nas nie każde ukończenie maratonu, ultramaratonu, czy triathlonu na długim dystansie jest zwycięstwem. Zdaję sobie sprawę, że z czyjegoś punktu widzenia taki wyczyn jest czymś na miarę lotu w kosmos i godnym podziwu. Tyle, że my mamy trochę inną perspektywę. My w ten kosmos latamy regularnie.
9 stycznia 2015
Hajlajtsy 2014
Nie będzie podsumowania. Chwalenia się sukcesami. Nie będzie rozbierania na elementy pierwsze sukcesów i porażek. Analizowania przyczyn, biczowania się i obietnic poprawy. 2014 to był naprawdę klawy rok. W trakcie jakoś tego nie dostrzegałem, ale z odpowiedniej perspektywy nabrał właściwej fajności. Zapraszam Was na podróż przez migawki z mojej głowy. Szybki przegląd tego co najbardziej utkwiło mi w pamięci w 2014 roku.
Ogromne WOW zeszłego sezonu nie przybladło w tym ani na moment. Kto raz prześpi się z kobietą, ten już nie chce sypiać z własną ręką. Tak
zakładam, choć naturalnie nie odmawiam Wam prawa do własnego zdania ;) Dość
jednak tych żartów. Mam ciągły głód tego sportu, a w zasadzie trzech sportów. Cały czas mam chęć trenować i nawet nie muszę ze sobą specjalnie walczyć, żeby wyjść na trening. W triathlonie nie ma nudy i to jest chyba to co cały czas mnie w nim kręci.
Triathlon to jest sport, który odpowiada na wszystkie potrzeby współczesnego mężczyzny. Jest w nim wysiłek fizyczny do mroczków przed oczami. Jest gadżeciarstwo na poziomie o jakim inne dyscypliny mogą pomarzyć. Jest też i zmienność, która nie pozwala znudzić się zbyt szybko.
Triathlon to jest sport, który odpowiada na wszystkie potrzeby współczesnego mężczyzny. Jest w nim wysiłek fizyczny do mroczków przed oczami. Jest gadżeciarstwo na poziomie o jakim inne dyscypliny mogą pomarzyć. Jest też i zmienność, która nie pozwala znudzić się zbyt szybko.
5 września 2014
Życiówka z oszustwa - rzecz o draftujących parówach
W sobotę wystartują jedne z ostatnich zawodów triathlonowych tego sezonu. Przechlewo, które przebojem wdarło się do kalendarza startów ma szansę potwierdzić, że są to zawody organizacyjnie pierwszej ligi. Malbork otwiera kolejną kartę w historii triathlonu organizując zawody na dystansie pełnego ironmana. W sumie półtora tysiąca zawodników wystartuje w ten weekend. Pytanie tylko, czy zrobią to fair? Czy tego sportowego święta kolejny raz nie popsują draftujące parówy?
18 sierpnia 2014
Herbalife Triathlon Gdynia, czyli debiut z przytupem
Trzymając się schematu relacji powinienem zacząć od pływania, przejść przez rower i bieganie kończąc najlepiej dramatycznym finiszem i podsumowaniem. Jednak, czy należy wpisywać w schemat najważniejszy start tego sezonu, a w zasadzie i dotychczasowego życia? Czy wolno mi zamknąć miesiące przygotowań, liczne obawy i walkę ze swoimi słabościami do technicznego opisu tego co się działo na trasie? Myślę, że byłbym nieszczery, bo triathlon tak naprawdę zaczął się w mojej głowie w 2012 roku.
13 czerwca 2014
Opowieść o baciku z gówna
Zapewne gdybym się urodził kilka lat, a może wieków, wcześniej, w jakimś lokalnym wyszynku gęślarz delikatnie szarpiąc struny snułby opowieść o tym co zdarzyło się w miniony weekend w Brodnicy. Zaś zasłuchana gawiedź wisiałaby nad kubkiem z otwartą gębą, patrząc w dal z rozmarzeniem. Jednak przyszło mi żyć dziś, gdzie o czynach wielkich ludzie dowiadują się z serwisów informacyjnych głównych kanałów telewizyjnych, a żeby się tam dostać musiałbym się pewnie pozbawić męskości i zapuścić brodę. Jako, że na jedno ani drugie niespecjalnie mam chęć, po prostu opiszę co się wydarzyło.
6 czerwca 2014
Zaraz się zacznie
Gdyby jeszcze dwa miesiące temu ktoś zapytał mnie po co jadę na triathlon do Brodnicy, bez wahania powiedziałbym, że po wynik. Dzisiaj już nie jestem taki pewien, czy jadę tam po wynik, czy może po nowe doświadczenia.
Jest w triathlonie kwestia, która wydaje się, najistotniejsza i zarazem najtrudniejsza do określenia. To kwestia oczekiwań. Dla jasności nie chodzi mi o to, czy dadzą fajną koszulkę w pakiecie albo czy będzie mój ulubiony żel na punktach odżywczych. W zasadzie mam to w d.... Bardziej nurtuje mnie to, czego mogę oczekiwać od samego siebie. Gdzie postawić granicę? Wiadomo, że to zawody i wiadomo, że pójdę w trupa, tylko jak to wszystko poukładać, żeby ten trup był na mecie, a nie przed połową biegu jak w Malborku (nie znasz tej historii? sprawdź tutaj). Jest w tym triathlonie pewna ekscytująca niepewność, która towarzyszy każdemu startowi. Niby dystanse są te same, ale... no właśnie tych "ale", tych niewiadomych, elementów, puzzelków, które muszą się ułożyć jest tak dużo, że ciężko przyrównywać wynik do wyniku. Do tego jeszcze dochodzi fakt, że sam muszę ocenić siebie; stan swoich przygotowań i formę, i na tej podstawie dokonać szacunku, a nie od dziś wiadomo, że w stosunku do siebie jestem najmniej obiektywny.
13 maja 2014
Kogo unikać na basenie?
Mówi się, że pływający muszą mieć żelazną psychikę zdolną radzić sobie z długim czasem, który przebywa się samotnie w ciszy oglądając jedynie kafelki. To prawda, jednak częściej żelazna psychika przydaje się z powodu osób, które spotykamy na pływalni. Bo niestety zdarzają się osobowości, które nie tylko obrócą w perzynę każdy trening, ale skutecznie pozbawiają przyjemności z pływania pozostałych. Ciężko ich wyłapać przed wejściem i uniknąć kontaktu wybierając inny tor. Zazwyczaj dopiero po kilku długościach basenu wiesz z kim masz do czynienia. Może ty też ich spotykasz?
24 października 2013
Za niewielkie pieniądze złożę sprzęt do triathlonu - między popularyzacją, a rzeczywistością
"Za niewielkie pieniądze złożę sprzęt" - to nie początek ogłoszenia na Gumtree, ale zapowiedź eventu traithlonowego, który Maciej Dowbor zamierza zorganizować w przyszłym roku. Z niecierpliwością czekam na wspomniane wydarzenie ponieważ dawno żadna zapowiedź z tri-świata nie wzbudziła we mnie tak mieszanych uczuć.
Kaprys celebryty, który chce udowodnić, że nie jest snobem? Raczej nie, bo za Maćkiem Dowborem stoją jego nie-byle-jakie wyniki. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że dla wielu triathlonistów (w tym dla mnie) pozostają w sferze marzeń. Poza tym nawet gdyby było go stać na bóg-wie-jaki sprzęt, a tego nie wiem, bo nie jestem księgowym Maćka Dowbora, to i tak każdy, kto choćby liznął sportu wie, że buty same nie biegają, a rower sam nie jeździ. Jak nie ma mocy, to pieniądze na nic się zdadzą. Choćbyś wydał fortunę, to ten super rower, najnowsze buty i ekstra piankę czymś trzeba napędzić. Najpewniej właśnie człowiekiem.
![]() |
| rys. Matt Collins |
12 września 2013
Nie dać się zmiażdżyć - drugie starcie z triathlonem
Stajemy z triathlonem nad Jeziorem Końskim pod Przechlewem. On pokazuje mi
bojki, ja odpowiadam, że do ogarnięcia na luzaku. On tylko czeka na takie
myśli. To tak jakbym sam wręczał mu do ręki młotek, którym zabije wieko mojej
trumny. Triathlon pielęgnuje te myśli i podsyca, a potem, gdy wreszcie się z nim
mierzę bierze do ręki młotek i napierdziela ile sił. Tak było w Malborku,
gdzie wydawało mi się, że bieganie to będzie formalność. Podobnie było w
Przechlewie, gdzie po malborskim debiucie stwierdziłem, że pływam całkiem
całkiem.
Pływania nie zapomnę chyba do końca życia. Pralka od startu
do mety. Na początku standard ktoś wpłynął na mnie, ja na kogoś. Jakieś
delikatne zaloty w stylu smyranie po nogach. Ale ileż można? Jacyś tacy natarczywi ci adoratorzy. Najpierw myślałem,
że pewnie od skrętu na pierwszej bojce stawka się rozciągnie i zalotnicy odpuszczą. Potem myślałem, że
od drugiej. Potem nie miałem już wcale nadziei, że to się kiedyś skończy.
Ilekroć złapałem rytm... jebudu... i tak co chwilę. Pozdrawiam pana w piance z
czerwonymi wstawkami z którym kopaliśmy się naprzemiennie przez około 700 m.
Kiedy się wreszcie rozluźniło i pomyślałem, że na spokojnie dopłynę do
mety, to okazało się, że wypadłem z głównego nurtu i walę prosto w szuwary. No
kurcze… Szybka korekcja kursu i wróciłem do kopaniny. Ile ja tam zdrowia
straciłem niech świadczy fakt, że kiedy wybiegłem wreszcie z wody, to dalej
byłem w pralce. Z chwilą wyjścia na brzeg moją ktoś przełączył na
wirowanie. Spojrzenie na zegarek i czas 21:40. Cieniutko. Nawet jeśli przepłynęliśmy 1.15 km (jak pokazały zegarki
Garminowców) zamiast 0.95 km (jak być powinno), to i tak licho. Miał być szuwarowy Ian Thorpe, a wyszła zwykła kłoda tartaczna. Na
nic zdały się kilometry przepłynięte w jeziorze. Trzeba wrócić do basenowej tyrki. Triathlon kolejny raz pogroził paluszkiem: „Kolego, nie czuj się zbyt pewnie i naucz się pływać tak szybko żeby cię następnym razem nie skopali”.
| Młocka od początku do końca. |
3 września 2013
Urlop od biegania, czy urlop z bieganiem
Każdy, nawet najpiękniejszy urlop kiedyś dobiega końca. Odkąd biegam w pamięci zawsze mam pierwszy dzień. Ta chwila, gdy budzę się rano. Przecieram zaspane oczy. Powieki jeszcze delikatnie kleją się do siebie niczym przepocony podkoszulek Indiany Jonesa do ciała Harrisona Forda. Budzik nie dzwonił, ale wiem, że nie powinien. Powinienem przetoczyć się leniwie do kuchni po kubek z kawą, ale nie... myśli już zaczęły bieg. Hulają sobie szaleńczo po zaspanej głowie. Kłębią się i bzyczą nieznośnie, co rusz żądląc sumienie pytaniami o treningi. Jak tak ma wyglądać każdy poranek, to ja chromolę.
Urlop od trenowania
Dlatego lepiej wcześniej zadać sobie pytanie, czy trenować, czy nie? Odpowiedź nie jest tak do końca oczywista. Urlop dla osoby regularnie trenującej i startującej to okres, który jeśli nie jest odpowiednio wcześniej zaplanowany może stać się zmorą. Z relaksu przeistacza się w czas w którym jesteś poddawany nieustannej presji. Ciągłym naciskom. Z jednej strony presja rodziny, która choć zapewnia cię, że "wcale nie" to jednak liczy, że spędzisz z nimi więcej czasu niż tylko te kilkadziesiąt sekund, gdy przesiadasz się z roweru na buty do biegania. Która choć tego krótkiego wycinku w roku wolałaby nie układać pod twój plan treningowy. Taki urlop... wiesz... "jak normalni ludzie". Ty już oczyma wybujałej wyobraźni widzisz siebie w klapkach kubota, gdy jak przeciętny rodak robisz sobie wolne od wszystkiego poza obsługą grilla. Masz wylane na plany, założenia i starty. W końcu świat się nie zawali. Czy to aby możliwe? Czy kiełbasa nie otłuści ci łydek, a wypite piwo nie zatopi żmudnie budowanej formy? Możesz mi wierzyć. Zaaplikowałem sobie ten typ w maju. Siedem dni laby. Dni bez pracy i treningów. Mój plan treningowy runął w gruzach. Moje poukładane życie wywaliło się do góry nogami, ale kurcze... warto było. Dzięki detoksowi już wiem, że nie ma dla mnie ratunku. "Cześć. Mam na imię Błażej i jestem uzależniony od ruchu." Po takim odwyku człowiek cieszy się na myśl o treningu, jak pies na widok piłeczki. Stęskniłem się na tym urlopie za bieganiem. Stęskniłem jak-nie-wiem-co. Fajnie żeglować przez tydzień, ale biegać fajnie przez resztę roku. Co więcej taki odpoczynek nie odbił się na formie, a do treningów wróciłem dużo chętniej i bardziej zaangażowany.27 sierpnia 2013
Wyprzedzić Lamborghini rowerem
Kierowcy trąbiący na widok biegacza i pukający się w głowę
raczej nie nastrajają do obnoszenia się ze swoją biegową pasją. Z drugiej
strony nie ma co się tym ludziom dziwić. Wokół pola. Gdybym ja zasuwał cały
dzień na roli, pewnie też ostatnią rzeczą o jakiej bym myślał byłoby bieganie.
Niemniej, tak ekspresyjne obnoszenie się ze swoim zaskoczeniem sprawiło, że tym
razem na wypad w okolice Wisznic na Podlasie postanowiłem zabrać szosę, a
bieganie sobie odpuścić.
![]() |
| Polska gościnność a'la Podlasie. Panowie drogowcy rozwijają świeżutki asfalt. |
24 lipca 2013
Syndrom stu złotych
To gnojek ten triathlon. Bez skrupułów czyści mi portfel. Nie żadne drobne kieszonkowe. Tu stówka, tam pięć dyszek. Już w pewnym momencie myślałem, że padłem ofiarą rumuńskiej mafii, która zeskanowała pasek do mojej karty i opróżnia mi konto po trochu. To jednak mój multidyscyplinarny przyjaciel uwziął się na moje pieniądze i ciągle mu mało.
Wchodzimy z triathlonem do sportowego. Tak popatrzeć. Może jakieś ciekawe nowości się pojawiły. On bez ceregieli ciągnie mnie za rękaw na odpowiedni regał. Chociaż, by szarpać przestał. No chodź. Tylko popatrzymy. Podchodzimy. Pokazuje palcem i mówi kup. Do diaska triathlon, ale mówiłeś, że popatrzymy. Kup. Nie musimy mieć wszystkiego od razu. Spokojnie. Sukcesywnie skompletujemy sobie cały niezbędny sprzęt. Kup mi, kup mi, kup mi. Plizzz. Triathlon, ale tłumaczę ci, że teraz mamy inne wydatki, a to może poczekać do następnego miesiąca. Poza tym kupiłem ci ostatnio to i tamto. Systematycznie będziemy uzupełniać braki. Rozumiesz, prawda? Uhm... Bierze za rękaw ciągnie do innego regału. Kup. Ale przecież ci tłumaczyłem przy tamtym regale, prawda!? Że nie, że ja tu wszedłem na rekonesans, a nie na zakupy. Tak, ale to co innego. Kup. Kurczę, a chociaż magiczne słowo? Przy-da-sie. Dobra, to weźmiemy tylko tę jedną rzecz i wychodzimy. Jak się cofnę pamięcią, to tak jest praktycznie za każdym razem.
Wchodzimy z triathlonem do sportowego. Tak popatrzeć. Może jakieś ciekawe nowości się pojawiły. On bez ceregieli ciągnie mnie za rękaw na odpowiedni regał. Chociaż, by szarpać przestał. No chodź. Tylko popatrzymy. Podchodzimy. Pokazuje palcem i mówi kup. Do diaska triathlon, ale mówiłeś, że popatrzymy. Kup. Nie musimy mieć wszystkiego od razu. Spokojnie. Sukcesywnie skompletujemy sobie cały niezbędny sprzęt. Kup mi, kup mi, kup mi. Plizzz. Triathlon, ale tłumaczę ci, że teraz mamy inne wydatki, a to może poczekać do następnego miesiąca. Poza tym kupiłem ci ostatnio to i tamto. Systematycznie będziemy uzupełniać braki. Rozumiesz, prawda? Uhm... Bierze za rękaw ciągnie do innego regału. Kup. Ale przecież ci tłumaczyłem przy tamtym regale, prawda!? Że nie, że ja tu wszedłem na rekonesans, a nie na zakupy. Tak, ale to co innego. Kup. Kurczę, a chociaż magiczne słowo? Przy-da-sie. Dobra, to weźmiemy tylko tę jedną rzecz i wychodzimy. Jak się cofnę pamięcią, to tak jest praktycznie za każdym razem.
17 lipca 2013
SPD na rzecz równości (w drodze do szosodoskonałości)
Pamiętasz to uczucie, kiedy wracasz ze szkoły z klasówką w ręku na której nauczyciel
wypisał cztery minus i z dumą podajesz rodzicom, rzucając mimochodem, że nikt z
klasy nie dostał wyższej oceny? Zamiast pochwały słyszysz, że ich nie obchodzą
inni tylko ty. Całe życie kładą ci do głowy, że tylko ty jesteś dla siebie miarą, bo ludzie są różni pod względem możliwości. Że nie ma co
się tak porównywać. Przez te wszystkie lata zaczynasz trochę wierzyć, że tak faktycznie jest. Wtedy kupujesz sobie buty SPD i przekonujesz się jakie bzdury wmawiano ci przez te wszystkie lata. SPD równają wszystkich bez
wyjątku do jednego poziomu. Poziomu ziemi. Niezależnie od możliwości.
SPD to taki system zatrzaskowy łączący buta z pedałem.
Charakteryzuje się on tym, że każdy bez wyjątku, niezależnie od płci, rasy i
wiary zapominając wypiąć buta zalicza kilka bliskich spotkań z podłożem. Czytasz
więc wspomnienia o tym jakie kto gleby zaliczył. Na światłach, przed domem, przed
sklepem, jak kolega zawołał oraz inne mrożące krew w żyłach opowieści, które
bierzesz z lekkim niedowierzaniem. Masz wrażenie, że wszyscy dookoła robią
sobie z ciebie jaja. No bo jak to? Nagle tylu dorosłych ludzi nie potrafi
zwyczajnie zsiąść z roweru?
Myślisz sobie, z cieniem uśmiechu, dlaczego ja miałbym
powielać ten schemat? Im się zdarzało, mi nie musi. Każdy jest inny, czyż nie?
No więc przyjmujesz sobie założenie, że żadnych gleb nie będzie. Jesteś inny,
prawda? Schodzisz więc do piwnicy, żeby zamontować nowe pedały w swojej szosie.
Bierzesz klucze i inne niezbędne narzędzia. Zupełnie przypadkiem zabierasz też
buty z blokami. Niesamowity zbieg okoliczności. Skoro już są… w głowie rodzi
się myśl, żeby może się przejechać. To nic, że zbliża się 23.00. Zakładasz,
więc buty. Próbujesz na sucho w głowie przypominając sobie rysunki z
instrukcji. Kładziesz nogę na pedale i >klik< but gładko łączy się z pedałem.
Nóżka lekko dół i piętka na boczek. Tak jak sygnalizacja potrzeby komplementu. (Swoją drogą polecam cały skecz. Dla niecierpliwych -> 05:08). Słyszysz
>klik< i but się wypiął. Powtarzasz operację kilka razy, żeby upewnić
się, że nie ma w twoich ruchach przypadku, tylko nienachlany profesjonalizm. Nic
trudnego. Dziecko by zrozumiało. Po kilku próbach puszczasz wodze wyobraźni o
tym jak będziesz napierał jutro i jak to osiągniesz nadświetlną jadąc pod górkę
i jeszcze pod wiatr. Wszystko naturalnie dzięki Twoim nowym pedałom i butom. Stwierdzasz,
że skoro tak dobrze ci idzie, to może zrobisz rundkę po hali garażowej, żeby
spróbować jak to jest. Zapinasz jednego buta. Kręcisz korbą. Ruszasz. Dopinasz
drugiego buta. Dwa, trzy kółeczka… bardziej jajeczka niż kółeczka. Wypinasz jedną nogę.
Udaje się bez problemu. Wypinasz drugą. Zatrzymujesz rower. Super. Operację
powtarzasz jeszcze dwa razy. Już prawie jesteś kolarzem. Myślisz, że pora już
wracać do domu, bo trzeba wypocząć, a na jutro zaplanowałeś, że zmierzysz się z
dystansem 100 kilometrów. Podjeżdżasz do piwnicy. Przez głowę przelatuje myśl: „Spoko.
Ogarniam.”. Hamujesz. Rower zwalnia. Prawie się zatrzymuje, a ty przypominasz
sobie, że zapomniałeś wypiąć buty. Rozpoczyna się dramatyczna walka. Piętka
zaczyna nerwowo wymachiwać na bok. Rower przechyla się coraz bardziej na prawo.
Piętka drży. Myśli galopują. Rower łapie krytyczny kąt natarcia na glebę. Już
wiesz, że się nie wypniesz. Że starcie z betonową posadzką jest nieuniknione. W
akcie desperacji wystawiasz rękę i lądujesz całym ciężarem na niej.
9 lipca 2013
Jestę pływakię wód otwartych
Drogi mężczyzno (tu zwracam się przede wszystkim do panów),
czy próbowałeś się kiedyś wbić w dżinsy – rurki? Takie jak u szczytu
popularności nosili chłopaki z Guns ‘N’ Roses albo takie jak obecnie noszą emo
stworki? Jeśli tak, to zrozumiesz czym jest zakładanie pianki. Z tym, że te
rurki musisz założyć też na ręce. Wyzwanie? No ba. To teraz pomyśl, że wbijasz
się nie w swoje rurki, ale w rurki swojej dziewczyny. Tak to właśnie jest z tą
pianką. Jest na to rada. Żeby było łatwiej używasz reklamówki. Nooo… Widzisz
swoją dziewczynę, która dzień w dzień siada z siatką żeby założyć spodnie? Nie?
A triathlonista musi.
Dzięki piankom do pływania reklamówki jednorazowe mają swój drugi raz. Na szczęście głowy nie trzeba przeciskać, bo na plecach jest zamek z tasiemką. Podejście pierwsze. Dopinam i… cholera. Za ciasna. Kupiłem
za ciasną? Przecież w tym ciężko oddychać. Jakby ci ktoś słusznej postury siedział
na klatce piersiowej. Ale spokojnie. Mówili, że tak będzie. Wejdziesz do wody i
będzie spoko. No to wchodzę. Rodzina macha z brzegu. Na buziach uśmiechy. Z
czego oni się tak cieszą? Ja mam pełne galoty strachu a oni zadowoleni. Czyżby
liczyli na moje ubezpieczenie? Wchodzę. Śmieszne uczucie. W stopy chłodno, w
resztę ciepło. Zanurzam się i odchylam piankę, żeby woda wlała się do środka.
Niezbyt przyjemnie, ale to trwa dosłownie sekundę. Jest lepiej niż myślałem. Już
po chwili jest komfortowo ciepło nawet dla takiego zmarzlaka jak ja. No dobra
płynę. Nie ma co zwlekać. Rodzinie już się nawet odechciało machać. Usiedli na
kocyku i czekają na widowisko… sępy. Głowa w wodę, dwa szybkie ruchy. Cholera.
Gdzie jest linia na dnie? Wszystko pod powierzchnią ciemnozielonkawe. Widzę
tylko swoje ręce. Wynurzam głowę żeby nabrać powietrza z lewej. Drzewa.
Wynurzam, żeby nabrać z prawej. Drzewa. Tak to chyba nie ustalę, gdzie płynę. Staram
się spojrzeć przed siebie. Jak z automatu przy wynurzeniu staram się nabrać
powietrza, więc nabieram wody. Ruchy też jakieś takie nerwowe. Siepię łapami,
jak tonący. Gdzie jest ta cała ćwiczona przez zimę technika? Brawo panie. I ty chcesz
się bawić w triathlon? A mają tam zawody dla dzieci? Bardziej byś się nadał. Silence!
I kill you! Lepiej było na basenie bez wyglądania. Linia, nawrót, linia,
nawrót. Tylko w liczeniu szło się pogubić. To zobaczmy jak to jest bez
nawigowania. W końcu na basenie udawało się płynąć prosto. Dziesięć ruchów
rękami. Sprawdzam. Krzywo. Koryguję. Kilkanaście ruchów. Znowu krzywo. Bez
wyglądania nie da rady. Wracam na brzeg. Nawet z wyglądaniem wychodzi niezły
slalom. Na całe jezioro jest trzech pływaków, a ja i tak wpadam na jednego.
Brawo!
Pierwsze koty za płoty
Dzięki piankom do pływania reklamówki jednorazowe mają swój drugi raz. Na szczęście głowy nie trzeba przeciskać, bo na plecach jest zamek z tasiemką. Podejście pierwsze. Dopinam i… cholera. Za ciasna. Kupiłem
za ciasną? Przecież w tym ciężko oddychać. Jakby ci ktoś słusznej postury siedział
na klatce piersiowej. Ale spokojnie. Mówili, że tak będzie. Wejdziesz do wody i
będzie spoko. No to wchodzę. Rodzina macha z brzegu. Na buziach uśmiechy. Z
czego oni się tak cieszą? Ja mam pełne galoty strachu a oni zadowoleni. Czyżby
liczyli na moje ubezpieczenie? Wchodzę. Śmieszne uczucie. W stopy chłodno, w
resztę ciepło. Zanurzam się i odchylam piankę, żeby woda wlała się do środka.
Niezbyt przyjemnie, ale to trwa dosłownie sekundę. Jest lepiej niż myślałem. Już
po chwili jest komfortowo ciepło nawet dla takiego zmarzlaka jak ja. No dobra
płynę. Nie ma co zwlekać. Rodzinie już się nawet odechciało machać. Usiedli na
kocyku i czekają na widowisko… sępy. Głowa w wodę, dwa szybkie ruchy. Cholera.
Gdzie jest linia na dnie? Wszystko pod powierzchnią ciemnozielonkawe. Widzę
tylko swoje ręce. Wynurzam głowę żeby nabrać powietrza z lewej. Drzewa.
Wynurzam, żeby nabrać z prawej. Drzewa. Tak to chyba nie ustalę, gdzie płynę. Staram
się spojrzeć przed siebie. Jak z automatu przy wynurzeniu staram się nabrać
powietrza, więc nabieram wody. Ruchy też jakieś takie nerwowe. Siepię łapami,
jak tonący. Gdzie jest ta cała ćwiczona przez zimę technika? Brawo panie. I ty chcesz
się bawić w triathlon? A mają tam zawody dla dzieci? Bardziej byś się nadał. Silence!
I kill you! Lepiej było na basenie bez wyglądania. Linia, nawrót, linia,
nawrót. Tylko w liczeniu szło się pogubić. To zobaczmy jak to jest bez
nawigowania. W końcu na basenie udawało się płynąć prosto. Dziesięć ruchów
rękami. Sprawdzam. Krzywo. Koryguję. Kilkanaście ruchów. Znowu krzywo. Bez
wyglądania nie da rady. Wracam na brzeg. Nawet z wyglądaniem wychodzi niezły
slalom. Na całe jezioro jest trzech pływaków, a ja i tak wpadam na jednego.
Brawo!13 czerwca 2013
Triathlon – pierwsze starcie (cz.2)
| Żeby prężyć muskuły, trzeba najpierw ćwiczyć buły ;) |
Bieganie
Zacznijmy od końca, czyli od tego co gniecie najbardziej.
Moja koronna konkurencja. Życiówka na dychę z początku sezonu tylko zaostrzyła
apetyt na dobry wynik. Triathlony wygrywa
się na bieganiu. No ba! Już widziałem oczami wyobraźni jak będę wyprzedzał
tych wszystkich, którzy łyknęli mnie na pływaniu i rowerze. Dostojnie jak
gazela, jednego za drugim. Z uśmiechem. Moje wyobrażenia rozbiły się o tę
ścianę (Mur Chiński raczej) na trzecim kilometrze. Ech… może, gdybym zrobił
chociaż jedną zakładkę przed startem, to wiedziałbym z czym to się je? Tak, zakładki muszę koniecznie wprowadzić do
mojego planu treningowego. Objętości też jakieś takie liche. Maksymalnie
dwanaście kilometrów ciągłego biegu. Zwiększyć.
Koniecznie zwiększyć. Może gdybym trenował bieganie, a nie biegał byłoby
inaczej? Trzeba było robić przebieżki,
ćwiczyć siłę biegową. Taaak tak, to też muszę wprowadzić do mojego planu.
Wstyd mi za to bieganie. Zwyczajnie wstyd. Gdyby było wolno, to jeszcze jakoś
bym to przełknął. Ale to chodzenie to klęska. Na następnym triathlonie nie
wolno mi chodzić. Zwyczajnie nie wolno. Zabronione. Verboten i już.
Zrozumiałeś?! Czas też do poprawy. Co najmniej kilka minut. Masz się zmieścić w
maksymalnie pięćdziesięciu.
Rower
Na bajku poszło zgodnie z planem. 100%
normy wykonane. Ani mniej. Ani więcej. Miało być 1:30? Było. Miało być średnio 30 km/h? Było. Pełen sukces. A jednak gdzieś gniecie. Może dlatego, że Bo wyprzedziła drwiąc sobie? Raczej nie, bo
przecież wyprzedzili mnie chyba wszyscy. Ze sto osób przynajmniej. Ot co! Plan
nie przypuszczał, że zakłada turlanie się w ślimaczym tempie, gdy wszyscy inni
będą zasuwać jak dżinks. Zły plan, zły. Trzeba
zmienić. Tyle, że ja nie miałem siły, żeby cisnąć mocniej. Skąd w sumie
miałem ją mieć? 350 kilometrów, które zrobiłem przygotowując się do startu mocniejsi amatorzy
robią w tydzień. W ogóle dziwna sprawa z tym kolarstwem, tętno niby niziutkie
takie, że w łańcuch mogłoby mi się wkręcić, a nóżka nie podaje. W tej
dyscyplinie mam największe braki. Muszę się jeszcze wiele nauczyć i wiele
kilometrów przepedałować. Potrzeba mi zmiany podejścia. Mniej cwaniakowania, więcej zapier….a. Muszę się zaangażować. Jak
przy bieganiu, samo truchtanie to za mało żeby był postęp. Plan, założenia itp.
Bez zaplanowania treningów siłowych, wytrzymałościowych i tych trzecich, co to
mi nazwa ciągle ucieka nie ma szans na poprawę. Zwłaszcza tych siłowych. Muszę wzmocnić nogi. No i dystanse muszę zwiększyć, bo żeby jeździć, to trzeba jeździć.
3 czerwca 2013
Triathlon – pierwsze starcie (cz. 1)
Jestem ironmankiem. Taką ćwiartką prawdziwego ironmana. Niby
nic. Taka tam popierdółka triathlonowa pomyślicie. To niby tylko 950 metrów
pływania, 45 kilometrów na rowerze i 10,5 kilometra biegu. Na mnie te liczby
osobno też nie robią żadnego wrażenia. Zebrane do kupy dają jednak mieszankę
wybuchową, z której siły rażenia jeszcze do wczoraj nie zdawałem sobie sprawy.
A to jedno z najlżejszych wydań triathlonowej zabawy.
Syrena wyje. Ruszamy. Zaczyna się pralka. Ta słynna pralka. Ktoś przepływa po mnie, ja po
kimś. Jestem łaskotany po nogach, ja łaskoczę innych. Nie jest najgorzej. Nie
tak źle jak sobie to wyobrażałem. Po chwili dostaję kopa w głowę. To już
gorzej. Spadają mi okularki. Szybko je nakładam i płynę dalej. Niezłe bajoro
ten Nogat. Ledwo widzę własne ręce. Najważniejsze, że nawigowanie idzie
sprawnie. Po pierwszych minutach uspokajam się. Płynę swoje, bez nerwów, bez
szarpania. W końcu nie walczę tu o zwycięstwo. Po nawrocie dostaję kolejnego
kopa w to samo oko. Pieprzeni żabkarze. Znowu mam okularki pełne wody. Płyniemy
bliżej brzegu. Wodorosty łapią to za ręce, to za nogi. Mało przyjemnie. W
wodzie nie ma poczucia czasu. Ciekawe, czy płynę szybko czy wolno? Mam wrażenie,
że raczej to drugie. Widzę już bojki końcowe. Dopływam. Wychodzę z wody
dokładnie po 19 minutach i 35 sekundach (oklaski!). Jestem szuwarowy Ian Thorpe.
Jeszcze pojadę jak Winokurow, pobiegnę jak Gebrselassie i będzie ładny wynik.
![]() |
| Pakowanie sprzętu do strefy zmian. |
26 maja 2013
Łańcuch penk - wnioski młodego cyklisty
Wrzucam wpis o tym jak po mistrzowsku spartoliłem bieg i co…
z miejsca staje się on jednym z najbardziej poczytnych postów na moim blogu. Jak
tu nie wierzyć, że dowcipy takie jak ten:
Sąsiadowi spaliła się chałupa… patrz Pan, niby obcy człowiek, a jednak
cieszy.
niosą ze sobą mądrości ludowe.Podobno nic w tym dziwnego, przecież jak twierdzą
psychologowie, radość z cudzego nieszczęścia jest bardzo ludzka (kto odetchnął
z ulgą?), ale też bierze się z niskich pobudek (spójrzcie prawdzie w oczy). Nie będę Wam teraz
wylewał wiadra pomyj na głowę. Nie od dziś wiadomo, że lepiej być sławnym niż
żyć w niesławie. Za sławnymi to chociaż nastolatki piszczą, a ja już jestem w
takim wieku, że może i bym trochę chciał, żeby ktoś poza dwuletnią córką na mój
widok piszczał. Dlatego też, po tym przydługim wstępie zaserwuję wam kolejną
porcję nieszczęścia. Tylko klikać mi to!
Normalnie łańcuch mi penk. Penk na pół albo mniej
dramatycznie zerwał się. Pewnie kopyto ma za dużą moc i materiał nie daje rady…
Matko, jak ja chcę w to wierzyć. No i zaliczyłem przymusowy piknik. Piękna łąka
z widokiem na las. Ja, sąsiad i nasze rowery. Smar po łokcie i moglibyśmy mieć
sesję zdjęciową do jakiegoś pisemka. Sąsiad patrzy fachowym okiem na łańcuch i
mruczy: K…a, jakby się nie mógł zerwać
gdzieś bliżej sklepu z piwem. Atmosfera zostaje rozładowana. Dalej jest
tylko lepiej Robiłeś to kiedyś?
rzucam, jak na trzepaka przystało. On rezolutnie odpowiada Nie… ale przynajmniej ja mam narzędzia. (Nawet nie wspomnę, kto mi
doradził: Szanse, że ci się łańcuch zerwie są żadne. Klucz do łańcucha może
sobie spokojnie darować. Prawda Maciek?). Walka w pocie czoła zabiera nam pół
godziny, ale ostatecznie pełen sukces. Rower daje radę wspiąć się na górę. Łańcuch
po kąpieli w piachu skrzypi jak stara wersalka, ale nie penka. Wniosek pierwszy
ze zdarzenia. Proszę wziąć kredę i zapisać na tablicy: ze scyzorykiem Kellisa
temat jest nie do ogarnięcia dla jednej osoby. Wniosek drugi: woda z bidonu
nadaje się równie dobrze do mycia rąk jak i do picia.
15 kwietnia 2013
Fabryczny zapach lasu
![]() |
| Klasyczna samojebka, ale chciałem jakoś udokumentować pierwszy wypad ;) |
Cała zima. Powiedzmy sobie szczerze - cholernie długa zima, spędzona na rowerkach spinningowych. Tylko ty... i dwadzieścia innych osób zamkniętych w sali gdzie temperatura jest rodem z tropiku (jeśli ktoś mierzy wysiłek ilością wylanego potu, to na spinningu będzie zadowolony). Trener wchodzi, rozdaje uśmiechy, siada na swoją maszynę i puszcza muzę. Zaczyna się łupanie. Mocny bit to obowiązkowy punkt programu. Przygasza główne światła i włącza migające kolorowe. Taka dyskoteka tylko, że na rowerkach. Po 10 minutach przestaję słyszeć swoje myśli. W zasadzie po co mi myślenie. Przyszedłem tu zasuwać, a nie zastanawiać się nad sensem życia. Jest tylko muza i okrzyki trenera: "GÓRA!" i stajemy na pedały. "DÓŁ" i dupsko ląduje na siodełku. Nawet staram się wyobrazić sobie te góry o których mówi trener w chwili, gdy każe nam podkręcić opór. Niektórzy z kolei wyobrażają sobie chyba, że to Tour de France, bo pełna napinka i co parę minut rzucają kontrolne spojrzenie w lustro domagające się od odbicia odpowiedzi "O tak! Wyglądasz zajebiście". Od razu widać po co kto tu przychodzi.
14 września 2012
Rowerem po ścieżce, czy po jezdni?
Kilka dni temu na jednej z ulic w Toruniu dziecko wbiegło wprost pod koła rozpędzonego roweru. Dziecko wstało i uciekło. Rowerzysta, jak wynika z relacji medialnych, jest dość mocno poturbowany. Dodatkowo dostał mandat ponieważ nie jechał ścieżką rowerową. Dzięki temu, że całe zdarzenie nagrały kamery powraca dyskusja na temat ulicy jako miejsca dla pieszych, kierowców i rowerzystów. Grup, których spojrzenie na drogę, jak pokazują komentarze pod artykułami, pogodzić bardzo ciężko.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.jpg)








