Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zawody. Pokaż wszystkie posty

18 marca 2016

Nie mów nie - Zimowy Ultramaraton Karkonoski


Dwa lata temu, kiedy oglądałem zdjęcia z pierwszej edycji Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego. Iza zajrzała mi przez ramię i zapytała, czy chciałbym tam pobiec. Odpowiedziałem, że nie. Zdjęcia były piękne, ale biec? Absolutnie! Przebiec 50 kilometrów po górach? Jasne! Chętnie! Tyle, że nie w zimie. W zimie można bałwana lepić, śnieżkami się rzucać albo na narty jechać. Mróz i wiatr na grani? To nie dla mnie. Bieganie ma być przyjemne. Machnąłem ręką i zamknąłem laptopa.

Dwa lata później stałem na starcie tego biegu. Stałem we mgle gęstej jak mleko na Polanie Jakuszyckiej i cieszyłem się jak dzieciak w gwiazdkę, w momencie kiedy zauważa, że prezenty są pod choinką, ale jednocześnie podskórnie czuje niepokój, bo nie wie, czy Mikołaj przyniósł mu wymarzony prezent. Ten jeden wyczekany, który był w liście, który kładł na parapecie i w marzeniach. Ten dla którego był grzeczny tyle wyczerpująco długich dni, bo rodzice mówili, że inaczej będzie rózga. No i gdy nie wie, czy największe pudełko też jest dla niego ;)

3 kwietnia 2015

Karty na stół


X Półmaraton Warszawski. Impreza wielka jak nowy ajfon. 14 tysięcy ludzi. Wśród nich ja. Mały chłopiec, przed dużym sprawdzianem. Atmosfera jak przed sesją na studiach. Żarty uśmiechy, ale w gruncie rzeczy tylko strugamy takich wyluzowanych. Ja przynajmniej strugam. Na zewnątrz fafarafa, a w rzeczywistości poślady zwarte, źrenice jak u kota na polowaniu, czujność ważki na poziomie trzecim. Nie ma co się dziwić, bo w przeciwieństwie do sesji nie poświęciłem na to dwóch ostatnich nocy, a miesiące, w trakcie których padało, wiało, było zimno, ciemno i ogólnie syf. Każdy z nas w tym syfie trenował. Z mniejszym lub większym zaangażowaniem wychodził na treningi. Obsiewał swoje poletko zwane kondycją lub formą, by dzisiaj zebrać plony. Chce wypaść jak najlepiej. Chce się sprawdzić.

31 października 2014

Jak dawać dupy z klasą na przykładzie Półmaraton Gdańsk


Kiedy w połowie wyścigu orientujesz się, że na maksa dałeś dupy masz dwa wyjścia:
a) odpuścić i rozpowiadać, że to był dla ciebie wyścig o priorytecie Ce i to słabe Ce, więc w zasadzie podszedłeś do niego na luzie i treningowo. Naturalnie dorobisz do tego ideologię, twierdząc, że w danym momencie sezonu to bardziej rozsądne, bo... i tutaj wstaw jakieś samousprawiedliwiające się bzdury. W głębi duszy będziesz jednak czuł, że jesteś parówą, która nie dość, że dała ciała, to jeszcze się poddała. Parówą, która za każdym razem przechodząc koło lustra będzie widziała drwiący uśmiech swojego odbicia. Ale-ale jest też opcja druga:
b) możesz starać się wszystko naprawić. Zminimalizować straty i pokazać charakter. Udowodnić, że slogany w stylu:  

you never lose until you quit trying

 

(tłum. aut. Nigdy nie przegrasz, chyba że przestaniesz próbować), to nie tylko wyświechtane frazesy, którymi social ninja zalewają twoją ścianę na facebook'u. Z tym, że czasu nie ma wiele i trzeba się ogarnąć jak wtedy, gdy budzisz się po domówce mocno niedzisiejszy. Z podłogi zasadniczo da się wyczytać menu. Butelek tyle, że mógłbyś skup otwierać, a rodzice dzwonią, że będą za pół godziny. (i tak super, że zadzwonili!). Stajesz więc na rzęsach, żeby się udało. Walczysz i się nie poddajesz.

27 września 2014

Debiutanci czujcie się wyjątkowi!


"Bieganie się umasowiło", "Bieganie przestało być elitarne" i inne takie pierdu-pierdu gadanie ludzi, którzy zza biurek starają się komentować zastaną rzeczywistość. Często spotykam się ostatnio z głosami, że "teraz każdy biega maratony". Najczęściej ze strony osób, które same nie biegają. Może to wynika z tego, że biegania jest w mediach od pewnego czasu na tyle dużo, że utraciło pewną aurę tajemniczości na rzecz masowej popularności. Nawet nie tak dawno na blogu Wojtka Staszewskiego przeczytałem słowa, które trafnie opisują zmiany zachodzące w środowisku biegaczy:
10 lat temu samo bieganie budziło szacunek, a maraton naprawdę robił  wrażenie. (...)
Teraz już tak nie jest. Biegasz maratony? Ok, fajnie. A jaką masz życiówkę, bo ja zrobiłam w tym roku 3:50?

5 września 2014

Życiówka z oszustwa - rzecz o draftujących parówach


W sobotę wystartują jedne z ostatnich zawodów triathlonowych tego sezonu. Przechlewo, które przebojem wdarło się do kalendarza startów ma szansę potwierdzić, że są to zawody organizacyjnie pierwszej ligi. Malbork otwiera kolejną kartę w historii triathlonu organizując zawody na dystansie pełnego ironmana. W sumie półtora tysiąca zawodników wystartuje w ten weekend. Pytanie tylko, czy zrobią to fair? Czy tego sportowego święta kolejny raz nie popsują draftujące parówy?

18 sierpnia 2014

Herbalife Triathlon Gdynia, czyli debiut z przytupem

Trzymając się schematu relacji powinienem zacząć od pływania, przejść przez rower i bieganie kończąc najlepiej dramatycznym finiszem i podsumowaniem. Jednak, czy należy wpisywać w schemat najważniejszy start tego sezonu, a w zasadzie i dotychczasowego życia? Czy wolno mi zamknąć miesiące przygotowań, liczne obawy i walkę ze swoimi słabościami do technicznego opisu tego co się działo na trasie? Myślę, że byłbym nieszczery, bo triathlon tak naprawdę zaczął się w mojej głowie w 2012 roku.

8 lipca 2014

Do Poznania po trupa

Opłacało ci się tyle kilometrów jechać po trupa? - to pytanie padło przynajmniej kilka razy. W zasadzie to nie brzmiało dokładnie tak, bo czy ja planowałem tego trupa? Nie planowałem. Czy trupa można zaplanować? Niby można, ale ja trupa planuję prawie zawsze, a on czasem jest, a czasem go nie ma. Trup wychodzi spontanicznie. Ot coś zaskoczy, sprzęgnie się coś i jest. Trupi trup. Blady i bez życia. Leży sobie za metą. W ogóle dobrze, że leży za metą, a nie przed.

13 czerwca 2014

Opowieść o baciku z gówna

Zapewne gdybym się urodził kilka lat, a może wieków, wcześniej, w jakimś lokalnym wyszynku gęślarz delikatnie szarpiąc struny snułby opowieść o tym co zdarzyło się w miniony weekend w Brodnicy. Zaś zasłuchana gawiedź wisiałaby nad kubkiem z otwartą gębą, patrząc w dal z rozmarzeniem. Jednak przyszło mi żyć dziś, gdzie o czynach wielkich ludzie dowiadują się z serwisów informacyjnych głównych kanałów telewizyjnych, a żeby się tam dostać musiałbym się pewnie pozbawić męskości i zapuścić brodę. Jako, że na jedno ani drugie niespecjalnie mam chęć, po prostu opiszę co się wydarzyło.

6 czerwca 2014

Zaraz się zacznie


Gdyby jeszcze dwa miesiące temu ktoś zapytał mnie po co jadę na triathlon do Brodnicy, bez wahania powiedziałbym, że po wynik. Dzisiaj już nie jestem taki pewien, czy jadę tam po wynik, czy może po nowe doświadczenia.

Jest w triathlonie kwestia, która wydaje się, najistotniejsza i zarazem najtrudniejsza do określenia. To kwestia oczekiwań. Dla jasności nie chodzi mi o to, czy dadzą fajną koszulkę w pakiecie albo czy będzie mój ulubiony żel na punktach odżywczych. W zasadzie mam to w d.... Bardziej nurtuje mnie to, czego mogę oczekiwać od samego siebie. Gdzie postawić granicę? Wiadomo, że to zawody i wiadomo, że pójdę w trupa, tylko jak to wszystko poukładać, żeby ten trup był na mecie, a nie przed połową biegu jak w Malborku (nie znasz tej historii? sprawdź tutaj). Jest w tym triathlonie pewna ekscytująca niepewność, która towarzyszy każdemu startowi. Niby dystanse są te same, ale... no właśnie tych "ale", tych niewiadomych, elementów, puzzelków, które muszą się ułożyć jest tak dużo, że ciężko przyrównywać wynik do wyniku. Do tego jeszcze dochodzi fakt, że sam muszę ocenić siebie; stan swoich przygotowań i formę, i na tej podstawie dokonać szacunku, a nie od dziś wiadomo, że w stosunku do siebie jestem najmniej obiektywny.

17 listopada 2013

Ojczyzna mówi mi jak mało wiem o sobie


Na gdyńskim Biegu Niepodległości byłem jak nasza piłkarska reprezentacja. W trochę ponad czterdzieści minut rozegrałem mecz otwarcia, potem mecz o wszystko, a na koniec powalczyłem o honor. Na szczęście w przeciwieństwie do naszych piłkarzy stać mnie na to żeby sprawić czasem miłą niespodziankę.

Nie lubię biegać na 10 kilometrów. Nie podchodzi mi ten dystans. Bieganie na dychę jest trochę jak spacer z czterolatkiem. Wymaga nie lada precyzji w doborze tempa do możliwości organizmu. Ani ognia dać od startu nie można, bo jak zaczniesz za szybko, to potem będziesz musiał go nosić na rękach. Z kolei jak zaczniecie za wolno, to albo się dzieciak zanudzi, albo nigdzie nie zdążycie na czas.

7 stycznia 2013

Bieg Noworoczny - 6.01.2013

Przyjacielska atmosfera i partyzancka organizacja, tak w kilku słowach można skwitować Bieg Noworoczny organizowany w Gdańsku przez Przemka Torłopa.

Padający mokry śnieg i wiatr nie zachęcały do wyjścia z domu, ale że lubię kameralne imprezy biegowe wybrałem się na gdańskie Przymorze. Tam gdzieś w Parku Reagana miał się odbyć Bieg Noworoczny. Gdzieś, bo lokalizacja podana była dosyć luźno. W razie potrzeby zapisałem sobie numer telefonu do organizatora. Idę od parkingu. Namiotów, banerów, balonów, toi toi ani im podobnych atrybutów, które na dobre wpisały się w krajobraz imprez biegowych nie spodziewałem się zobaczyć. Mimo wszystko dość szybko znalazłem organizatora skulonego pod jedną ze zjeżdżalni na placu zabaw, jak kaukaski partyzant. Nie ma co się dziwić, ciepło to mu na pewno nie było. Opłaciłem startowe. Przedyktowałem imię i nazwisko. Pada pytanie na ile biegnę. Bieg odbywa się w formule: wielokrotność pętli o długości 4,2 km, ale na ile ja się czuję? Stawiam na dwie pętle i z nieśmiałym uśmiechem tłumaczę, że kolano boli i coś tam coś tam. Organizator patrzy z niedowierzaniem i żartuje, że po dziesiątym przestanie. Zostaję przy swoim. Pytam o trasę, ale w ferworze kolejnych zapisywanych nie otrzymuję odpowiedzi. Jakoś specjalnie nie nalegam. Dobra, myślę sobie, pobiegnę za innymi. Ktoś musi znać trasę.

Idziemy na start. No może za dużo powiedziane. Organizator palcem pokazuje, gdzie mamy się ustawić. Mimo to wszyscy uśmiechnięci. Nikt nie narzeka, nie komentuje. To właśnie lubię w małych imprezach. Na starcie staje około trzydziestu osób. Trzy, dwa, jeden i start. Biegniemy w stronę morza. Tam gość na rowerze pokazuje nam ręką, że teraz zakręt o 90st. i deptakiem wzdłuż plaży aż do mola w Brzeźnie. Tam nawrotka i tą samą drogą powrót. Przed startem zapomniałem przestawić pulsometru z treningu w pierwszym zakresie tętna na zawody o czym ten namiętnie przypomina pikaniem. Pierwsza pętla mija bardzo szybko, ale za to na początku drugiej dostaję zadyszki. Zwalniam. Ponad miesiąc bez biegania zrobił swoje. Po drodze święta i zwiększenie obciążeń. Maszyneria nie chce słuchać tak jak wcześniej. Sam sobie jestem winien. W końcu docieram do mety. Organizator przegryza kanapkę. Mówię, że skończyłem. Próbuje złapać stoper. Udaje się. Zatrzymuje. 00:39:35. Daleko od formy jak stąd do Krakowa. Zawijam się do domu. Trzeba ułożyć jakiś plan i wziąć się do roboty. Cześć!

28 listopada 2012

Maraton w wersji papierowej

Świeża i pachnąca jeszcze farbą drukarską. Moja relacja z pierwszego w życiu maratonu w wersji papierowej wylądowała dzisiaj na moim biurku. Niby to tylko przedruk tego co ukazało się na blogu (zobacz: Zostałem mężczyzną - mój pierwszy maraton). Zmiany niewielkie. Niby to biuletyn wewnętrzny. Jednak ten papier ma jakieś symboliczne, namacalne znaczenie. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale to bardzo przyjemne uczucie. Teraz mogę pisemko do domu zabrać, bliższej i dalszej rodzinie pokazać, a na koniec położyć w toalecie żeby każdy mógł zobaczyć jak to fajnie przebiec maraton. Czyż nie cool? :)

PS. Tak obszerny materiał pewnie nie ukazałby się bez niepoprawnie fajnych zdjęć Izy.

2 listopada 2012

Klęska urodzaju

Jak grom z jasnego nieba huknęła dzisiejsza wiadomość: Herbalife Triathlon przenosi się do Gdyni i zmienia termin na sierpniowy. Konkretnie na 9-11 sierpnia. Adrenalina mi skoczyła. Żyła wypełzła na czoło. Mniejsza o oficjalne powody, bo o tych opowiedział organizator. Zaczynam podejrzewać, że rodzimi triathloniści, a ja wraz z nimi, padli ofiarą spisku. Ktoś się uwziął, żeby torpedować plany startów. Siać zamęt i niepewność jutra. Jak tu człowieku możesz sobie cokolwiek w spokoju przygotować, gdy ostatnio nie ma tygodnia żeby nie wypłynęła jakaś atrakcyjnie zapowiadająca się impreza.

Nie dalej jak w zeszłym tygodniu ostatecznie potwierdzono, że na początku sierpnia triathlon wraca do centrum Poznania z dystansem 1/4 i 1/2 Ironmana. Muszę tam być, pomyślałem. Już zapowiedziałem znajomym, że się widzimy, że znowu ich noclegowo wykorzystam i że sama frajda ich czeka, bo bidony będą mi mogli podawać i zdjęcia pstrykać, a tu nagle ni z gruchy ni z pietruchy łupnęło, że tydzień później w Gdyni też będzie połówka. Tuż pod nosem największa impreza triathlonowa w Polsce. Przegapić coś takiego? Nie wypada. Startować tydzień po tygodniu? Bez sensu. To co? Mam sobie zapałki ciągnąć?

Już się boję kolejnych tygodni, bo przecież choć organizatorzy Iron Triathlon pod koniec października ogłosili, że po Malborku, druga edycja cyklu będzie w Szczecinku, to kolejne dwie dalej pozostają niewiadomą.

Jeżeli tak dalej pójdzie, to triathlonisto wiedz, że coś się dzieje. Nadeszły ciężkie czasy. Nadeszła klęska. Klęska urodzaju.

15 października 2012

Gwiazdor filmowy

Gdy wszyscy żyli maratonem w Poznaniu Timex wypuścił pełną wersję relacji z Maratonu Warszawskiego. Teaser zapowiadał, że może to być najciekawsza relacja jaką do tej pory znalazłem z jakiegokolwiek biegu. Założyłem słuchawki. Puszczam i czuję jak w kącikach ust wykwita mi uśmiech. Wracają wspomnienia z nie tak dawnego startu. Niespełna trzyminutowy filmik pokazujący MW z perspektywy dwóch zawodników leci szybciutko, aż do 2:29, gdzie.... nie mogę uwierzyć... wybrali akurat moment, gdy przekroczyłem metę!  Szczerzę zęby do monitora, jak dzieciak, który akurat dostał bańki mydlane. Czad! Lepszej pamiątki z debiutu nie mogłem sobie wyobrazić.


10 października 2012

Przegląd filmów z Maratonu Warszawskiego

"Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz...." fajnie czasem wrócić do nie tak dawnych wydarzeń. Zacząłem wertować sieć w poszukiwaniu filmików z Maratonu Warszawskiego. Nie ukrywam, że przeglądałem je pod kątem znalezienia na nich siebie. Z jednej strony zdrowa dawka narcyzmu chyba jeszcze nikogo nie zabiła, a z drugiej dobrze czasem zweryfikować własne wyobrażenie o stylu z rzeczywistością. Nie wiem jak u was, ale u mnie te dwa spojrzenia znacznie się rozmijają :) Nie znalazłem się na żadnym, ale w tych moich poszukiwaniach trafiłem na kilka ciekawych filmów. Poniżej trzy z mojego punktu widzenia najlepsze materiały na temat 34. Maratonu Warszawskiego.

Na pierwszy ogień produkcja marathonfilm. Film obfitujący w całą masę genialnych kadrów. Podoba mi się również sposób filmowania i kolorystyka. Jednym słowem estetycznie jest to dla mnie bajka. Do tego dochodzą zgrabnie wplecione wypowiedzi Henryka Szosta i Przemysława Babiarza. Niestety przez zbyt długie ujęcia akcja ciągnie się jak flaki z olejem. Ten dziesięciominutowy materiał spokojnie można zamknąć w pięciu minutach. Poza tym (jak słusznie zauważył kolega M.) scena finiszu wygląda jak dramat wojenny, w którym ludzie umierają. To wrażenie dodatkowo pogłębia muzyka, a przecież zawodnicy choć zmęczeni na mecie tryskali radością z ukończenia maratonu. Na pewno jednak ta produkcja to nowa jakość w sposobie opowiadania o biegach masowych w Polsce, dlatego będę uważnie śledził poczynania ekipy marathonfilm.