Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultramaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ultramaraton. Pokaż wszystkie posty

26 maja 2016

Od zachwytu po nienawiść - Beskidzki Topór

Ultra można opisywać na wiele sposobów. Można ekscytować się tym jakimi to ludzie gór są twardzielami. Chwalić się zakwasami, które sprawiają, że siada się potem na kibelku na pięć razy i tylko wanna w jego pobliżu pozwala ostatecznie wykonać karkołomny manewr. Wstać jednak nie mam szans i ktoś z bliskich pewnie będzie musiał ratować. Można też relacjonować sam wyścig punkt po punkcie, kilometr po kilometrze skupiając się na detalach związanych z taktyką, żywieniem i im podobnymi. Jest jednak i trzecia strona. Bieganie ultra to uzależniający festiwal uczuć i odczuć. Od euforii do kompletnego zniechęcenia. Od dzikiej radości do łez. Od zachwytu po nienawiść. Poniżej taki właśnie zapis z 73-kilometrowej trasy Beskidzkiego Topora.

18 marca 2016

Nie mów nie - Zimowy Ultramaraton Karkonoski


Dwa lata temu, kiedy oglądałem zdjęcia z pierwszej edycji Zimowego Ultramaratonu Karkonoskiego im. Tomka Kowalskiego. Iza zajrzała mi przez ramię i zapytała, czy chciałbym tam pobiec. Odpowiedziałem, że nie. Zdjęcia były piękne, ale biec? Absolutnie! Przebiec 50 kilometrów po górach? Jasne! Chętnie! Tyle, że nie w zimie. W zimie można bałwana lepić, śnieżkami się rzucać albo na narty jechać. Mróz i wiatr na grani? To nie dla mnie. Bieganie ma być przyjemne. Machnąłem ręką i zamknąłem laptopa.

Dwa lata później stałem na starcie tego biegu. Stałem we mgle gęstej jak mleko na Polanie Jakuszyckiej i cieszyłem się jak dzieciak w gwiazdkę, w momencie kiedy zauważa, że prezenty są pod choinką, ale jednocześnie podskórnie czuje niepokój, bo nie wie, czy Mikołaj przyniósł mu wymarzony prezent. Ten jeden wyczekany, który był w liście, który kładł na parapecie i w marzeniach. Ten dla którego był grzeczny tyle wyczerpująco długich dni, bo rodzice mówili, że inaczej będzie rózga. No i gdy nie wie, czy największe pudełko też jest dla niego ;)

17 października 2014

ultra-debiut w Maratonie Bieszczadzkim. Preludium do ultra-zemsty.

Cieszyłem się na Maraton Bieszczadzki jak dzieciak na gwiazdkę. Drugi koniec Polski, góry, ale przede wszystkim zero ciśnień, założeń, parcia. W dodatku debiut, a debiuty z reguły są epickie. Cieszyłem... a powinienem raczej się bać. Takim zwykłym zwierzęcym strachem, bać się tego co zamierzam sobie zrobić. Dobrze, że Iza dzisiaj przywiozła wino. Będzie łatwiej. Bo jak tu się na trzeźwo publicznie przyznać, że dostałem w ciry. Żeby deszczem pizgało albo wiatr wiał jakiś przekosmiczny. No choćbym sraczki dostał, to byłoby na co zrzucić, a tu nic. Nie ma się czym zasłonić. Trzeba spuścić głowę i powiedzieć sobie wprost, że zostałem pokonany przez Bieszczady.