Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Półmaraton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Półmaraton. Pokaż wszystkie posty

16 kwietnia 2016

Randka z przyzwoitką - Półmaraton Warszawski

Ale zdupiłem. Spóźniłem się. Jak nic. Spóźniłem się, a on już poszedł na start. Za dużo luzu. Luźna rozgrzewka z Krasusuem. Luźne gadki z pĄpkinsami. Nawet Rav wyjątkowo wyluzowany. Luźnym krokiem do depozytu. A teraz masz babo placek! Jak ja go teraz znajdę w tym kilkunastotysięcznym tłumie? Rozglądam się nerwowo, to w prawo, to w lewo szukając pĄpkinsowej koszulki, ale nigdzie nie widzę Radzia. Trochę się spóźniłem. Kurcze, ale chyba nie tyle, żeby na mnie nie poczekać?! Nagle robi mi się przykro, choć nie znamy się dobrze. W zasadzie jeśli postrzegać znajomość tradycyjnie, to znamy się od pół godziny, bo wtedy uścisnęliśmy sobie dłonie i wymieniliśmy na pokaz przed resztą ekipy groźne spojrzenia. Groźne, bo mam się z Radkiem ścigać. Pierwszy raz odkąd biegam wpadłem na pomysł, że będę się z kimś bezpośrednio ścigał. Nie z czasem, własnymi słabościami i innymi takimi, tylko z kolegą z pĄdrużyny. Ramię w ramię. Na jednym biegu. Na śmierć i życie, a dokładnie to na to kto kogo będzie nosić na mecie.

3 kwietnia 2015

Karty na stół


X Półmaraton Warszawski. Impreza wielka jak nowy ajfon. 14 tysięcy ludzi. Wśród nich ja. Mały chłopiec, przed dużym sprawdzianem. Atmosfera jak przed sesją na studiach. Żarty uśmiechy, ale w gruncie rzeczy tylko strugamy takich wyluzowanych. Ja przynajmniej strugam. Na zewnątrz fafarafa, a w rzeczywistości poślady zwarte, źrenice jak u kota na polowaniu, czujność ważki na poziomie trzecim. Nie ma co się dziwić, bo w przeciwieństwie do sesji nie poświęciłem na to dwóch ostatnich nocy, a miesiące, w trakcie których padało, wiało, było zimno, ciemno i ogólnie syf. Każdy z nas w tym syfie trenował. Z mniejszym lub większym zaangażowaniem wychodził na treningi. Obsiewał swoje poletko zwane kondycją lub formą, by dzisiaj zebrać plony. Chce wypaść jak najlepiej. Chce się sprawdzić.

31 października 2014

Jak dawać dupy z klasą na przykładzie Półmaraton Gdańsk


Kiedy w połowie wyścigu orientujesz się, że na maksa dałeś dupy masz dwa wyjścia:
a) odpuścić i rozpowiadać, że to był dla ciebie wyścig o priorytecie Ce i to słabe Ce, więc w zasadzie podszedłeś do niego na luzie i treningowo. Naturalnie dorobisz do tego ideologię, twierdząc, że w danym momencie sezonu to bardziej rozsądne, bo... i tutaj wstaw jakieś samousprawiedliwiające się bzdury. W głębi duszy będziesz jednak czuł, że jesteś parówą, która nie dość, że dała ciała, to jeszcze się poddała. Parówą, która za każdym razem przechodząc koło lustra będzie widziała drwiący uśmiech swojego odbicia. Ale-ale jest też opcja druga:
b) możesz starać się wszystko naprawić. Zminimalizować straty i pokazać charakter. Udowodnić, że slogany w stylu:  

you never lose until you quit trying

 

(tłum. aut. Nigdy nie przegrasz, chyba że przestaniesz próbować), to nie tylko wyświechtane frazesy, którymi social ninja zalewają twoją ścianę na facebook'u. Z tym, że czasu nie ma wiele i trzeba się ogarnąć jak wtedy, gdy budzisz się po domówce mocno niedzisiejszy. Z podłogi zasadniczo da się wyczytać menu. Butelek tyle, że mógłbyś skup otwierać, a rodzice dzwonią, że będą za pół godziny. (i tak super, że zadzwonili!). Stajesz więc na rzęsach, żeby się udało. Walczysz i się nie poddajesz.