Bieg urodzinowy (25. lutego) – zwiało namiot
Mój debiut na dystansie 10 km. Jednocześnie pierwszy bieg
uliczny w którym wziąłem udział. Nic jeszcze nie wiedziałem o bieganiu (co nie
znaczy, że teraz wiem wiele więcej). Chciałem złamać pięćdziesiąt pięć minut,
ale wziąłem sobie ten czas dosłownie z sufitu. Pogoda była dramatyczna. Przy
kilku stopniach temperatury wiatr był tak silny, że nie pozwolił organizatorom
na rozstawienie ogromnego namiotu. Po chwili bezruchu wszystko drętwiało.
Pierwszy kilometr pod wiatr, na spokojnie i spojrzenie na zegarek, a tam czas –
4:53/km. „No gościu, jak tak będziesz grzał, to zdychasz po piątym kilometrze”
– zadźwięczało w myślach. W podobnym tempie padały kolejne kilometry. Wejście
na drugą pętlę na piątym kilometrze i ostry mroźny wiatr w twarz, który dosłownie
zatrzymywał. Walka z dziadem przez blisko kilometr, gdzie szczęśliwie trasa z
otwartego skweru skręca między kamienice. Od ósmego zacząłem przyspieszać.
Sprint do mety. Zatrzymanie stopera - czas netto: 00:48:41. Medal i ucieczka do
auta przed zimnem. W takich warunkach chyba nigdy jeszcze nie biegałem.
Bieg Europejski (12. maja) - życiówka
Kilometraż w nogach wzrósł. Doszły kolejne doświadczenia w
biegach. Miałem chrapkę na złamanie czterdziestu pięciu minut. To miał być też
probierz tego jak idą przygotowania pod półmaraton i o jaki wynik będę się mógł
tam pokusić. Pierwsze kilometry mocno szarpane. Musiałem dużo wyprzedzać. Tempo
skakało góra-dół. Pobocza, krawężniki i trawniki moje. Powód: znowu źle się
ustawiłem na starcie. Zdecydowanie za daleko jak na planowane tempo. Mocno to
odczułem na ostatnich kilometrach. Na ostatniej prostej zaczęło mi brakować
tchu w piersiach. Jeszcze tylko ten cholerny bruk na skwerze i meta. Czas -
00:44:22. Moja do tej pory obowiązująca życiówka na tym dystansie.
Nocny Bieg Świętojański (7. lipca) – ulewa i prywatny pacemaker
Ulewa, która przeszła nad Trójmiastem na godzinę przed
startem skutecznie utrudniła dojazd do Gdyni. Potem rozegrał się słynny dramat z odbiorem pakietów startowych,
chociaż przyznaję, że ja nie miałem takich problemów. Bieg był dla mnie
nowością z dwóch względów: pierwszy raz startowałem w nocy i pierwszy raz biegłem
jako prywatny pacemaker. Maciek postawił sobie za cel, że złamie godzinę, a ja
zaoferowałem, że mu w tym pomogę. Początek
trochę zbyt ambitnie, ale za punkt honoru wzięliśmy, że nie damy się zdublować.
Udało się, choć poszło o sekundy. Pierwszą piątkę zrobiliśmy w 29:30 z
groszami. Na drugiej miałem wrażenie, że strasznie się wleczemy, ale zegarek
pokazywał co innego. Ostatecznie Maciek wpada na metę z czasem 00:58:33 netto. Ja
sekundę za nim. Cel osiągnięty.
Bieg Niepodległości (11. listopada) - kuternoga
Rocznicę odzyskania niepodległości zdecydowałem się uczcić
biegając (zobacz też Niepodległościowa stylówa). Żaden wyszukany sposób, ale
nic lepszego nie wymyśliłem. Ucztowanie miało być tym większe, że po dobrym wyniku w Maratonie Warszawskim liczyłem na nową życiówkę.
Marzenia prysły wraz z kontuzją kolana. Ortopeda co prawda nie zabronił mi
biegać, ale jednocześnie przestrzegł, że w dużej intensywności jest ono
niewskazane. Tym samym start w Gdyni potraktowałem czysto rekreacyjnie. Pomimo
blisko dwa razy większej liczby startujących nie odczułem większego tłoku na
trasie. Przez pierwsze kilometry trzymałem tempo około pięciu minut. Kolano
dawało radę. Delikatnie przyspieszyłem. Pomimo ewidentnego roztrenowania
organizm posłuchał. Żadnych niepokojących sygnałów. Spróbowałem więc jeszcze
ostrzej pocisnąć. Jednak przy każdej próbie mocniejszego szarpnięcia kolano
dawało ostro w kość. No nic, trzeba słuchać lekarza i trzymać się rekreacji.
Przekroczenie mety nie dało mi żadnej satysfakcji, ale Grand Prix mam zaliczone. Wynik 00:48:42.
Medale z całego cyklu tworzą układankę, a konkretnie
piramidę. Ze złożeniem łatwo nie było, ale w końcu się udało. Oto efekt:
bardzo fajny pomysł z tymi medalami mieli. dodatkowa mobilizacja żeby w każdym biegu z tego cyklu wziąć udział.
OdpowiedzUsuńciekaw jestem czy inne miasta są równie pomysłowe. może powinieneś zobaczyć jak to się robi gdzie indziej :)
Może masz rację. Muszę poszukać czegoś na Pomorzu, bo jeździć np. do Poznania, czy Warszawy cztery razy w roku, żeby przebiec 10 km jakoś mi się nie chce :)
Usuńmega medale, zazdroszczę :) szkoda że trochę daleko bo inaczej bym się skusił nowym roku.
OdpowiedzUsuń