18 października 2013
Bieganie i lokowanie
Oj, dostało się Tomaszowi Lisowi za wpis na blogu. Dostało. Niby nic. Dwie małe fotki z Poweradem przy wpisie dotyczącym przygotowań do maratonu, a przez media przewala się fala oburzenia. Przecież takie rzeczy są standardem w biegowej blogosferze. Tyle, że nie każdy jest Tomaszem Lisem, a standardy niekoniecznie są dobre.
Na to środowisko dziennikarskie podniosło larum, że autor narusza standardy ich pracy, że podważa niezależność i wiarygodność środowiska, a także jego obiektywizm. Tyle, że tekst napisał Tomasz Lis - blogger, a nie Tomasz Lis - dziennikarz.
15 października 2013
Jesteś zwycięzcą! Będziesz diamentem!
Maraton tradycyjnie zaczyna się od startu i tradycyjnie na starcie nic ciekawego się nie dzieje. Nuda z lekką nutą nerwowości okraszone czerstwymi żartami. Wszystko to po wystrzale startera zmienia się w atmosferę rodzinnego pikniku pomieszaną z atmosferą biznesowej gali na której po nudnej oficjałce część z gości koniecznie chce pierwsza dopchać się do bufetu. Na szczęście maratonu jeszcze nigdy dla nikogo nie zabrakło, a bywa, że jak się nachapiesz na początku, to możesz nie dotrwać do końca imprezy. Nie inaczej było na 14. Poznań Maratonie.
Przez pierwsze kilometry nie wydarzyło się nic sensacyjnego o czym media musiałyby informować i rozprawiać przez kolejne dni. Nikt nie umarł, nikt się nie urodził i nikt też się nie oświadczył. Najzwyklejszy maratoński standard. Ale już za pierwszą jadłodajnią przyuważam gościa, który biegnąc przede mną wali focie z rąsi i wrzuca je na fejsa. Chyba taka nowa moda: mieć fotę z Poweradem. Mijam go w chwili, gdy próbuje wklepać opis. Staram się podpatrzeć co się pisze w takiej chwili, ale nie daję rady. Może to i dobrze, bo nieładnie podglądać korespondencję nieznajomych. Chwilę potem mijamy volvo zaparkowane na poboczu z którego na cały głos leci "jesteś zwycięzcą". Jak tu nie zacieszać? No jak? Teksty z filmiku królują na poznańskim maratonie. Transparenty z diamentami, ludzie wykrzykujący cytaty. Tak trzymać Poznań! Macie jaja!
Koło 8 km pojawia się lekkie pieczenie w prawej stopie. No kurde, czyżby jakiś wredny pęcherz? Nieee... pewnie panikuję. Piecze jak pęcherz. Ale po ośmiu kilometrach? Niemożliwe. Podsłuchuję rozmowę dwóch panów obok, z której wynika, że biegną na 3:20. Zagaduję i dołączam do nich. Ciągniemy sobie tak do wodopoju na dyszce. Ból w stopie jednak nie daje o sobie zapomnieć. Przy każdym kroku jest coraz bardziej dotkliwy. Odpuszczam nowo poznanych kolegów i zatrzymuję się żeby coś z tym zrobić. Tracę sporo cennych sekund na zdejmowanie buta i zabawę z poprawianiem skarpety naiwnie sądząc, że to coś zmieni. Spieszę się i niezbyt dokładnie zawiązuję buta, co skutkuje kolejnym przymusowym postojem po paru minutach na wiązanie sznurówek. Niestety zabiegi pielęgnacyjne zdały się psu na kość. Co za ironia. Butki w których biegałem w mrozach i upałach, po błocie i po asfalcie, które obchodziły się z moimi stópkami jak z najcenniejszym skarbem właśnie teraz obrabiają mi stopę. Akurat na maratonie mają mi zrobić takiego psikusa? Śmieję się sam do siebie i zaciskam zęby. W końcu byle pęcherz nie popsuje mi tego biegu.
| Ruszyła walka o pierwszy bufet ;) |
Przez pierwsze kilometry nie wydarzyło się nic sensacyjnego o czym media musiałyby informować i rozprawiać przez kolejne dni. Nikt nie umarł, nikt się nie urodził i nikt też się nie oświadczył. Najzwyklejszy maratoński standard. Ale już za pierwszą jadłodajnią przyuważam gościa, który biegnąc przede mną wali focie z rąsi i wrzuca je na fejsa. Chyba taka nowa moda: mieć fotę z Poweradem. Mijam go w chwili, gdy próbuje wklepać opis. Staram się podpatrzeć co się pisze w takiej chwili, ale nie daję rady. Może to i dobrze, bo nieładnie podglądać korespondencję nieznajomych. Chwilę potem mijamy volvo zaparkowane na poboczu z którego na cały głos leci "jesteś zwycięzcą". Jak tu nie zacieszać? No jak? Teksty z filmiku królują na poznańskim maratonie. Transparenty z diamentami, ludzie wykrzykujący cytaty. Tak trzymać Poznań! Macie jaja!
Koło 8 km pojawia się lekkie pieczenie w prawej stopie. No kurde, czyżby jakiś wredny pęcherz? Nieee... pewnie panikuję. Piecze jak pęcherz. Ale po ośmiu kilometrach? Niemożliwe. Podsłuchuję rozmowę dwóch panów obok, z której wynika, że biegną na 3:20. Zagaduję i dołączam do nich. Ciągniemy sobie tak do wodopoju na dyszce. Ból w stopie jednak nie daje o sobie zapomnieć. Przy każdym kroku jest coraz bardziej dotkliwy. Odpuszczam nowo poznanych kolegów i zatrzymuję się żeby coś z tym zrobić. Tracę sporo cennych sekund na zdejmowanie buta i zabawę z poprawianiem skarpety naiwnie sądząc, że to coś zmieni. Spieszę się i niezbyt dokładnie zawiązuję buta, co skutkuje kolejnym przymusowym postojem po paru minutach na wiązanie sznurówek. Niestety zabiegi pielęgnacyjne zdały się psu na kość. Co za ironia. Butki w których biegałem w mrozach i upałach, po błocie i po asfalcie, które obchodziły się z moimi stópkami jak z najcenniejszym skarbem właśnie teraz obrabiają mi stopę. Akurat na maratonie mają mi zrobić takiego psikusa? Śmieję się sam do siebie i zaciskam zęby. W końcu byle pęcherz nie popsuje mi tego biegu.
1 października 2013
Pozdrów biegacza!
Mam nieodparte wrażenie, że wraz z popularyzacją biegania ścieżki zalewa fala biegowych buraków. Jeszcze rok temu podczas treningów spotykałem jedną góra dwie biegające osoby. Pozdrowienie, wymiana uśmiechów była standardem. Ostatnio mijam znacznie więcej biegaczy. Pozdrawiam ich przez podniesienie ręki, a mniej więcej połowa rzuca w moją stronę chmurne spojrzenia. Skąd taka dziwna reakcja na symboliczny gest w stosunku do osoby uprawiającej tę samą dyscyplinę sportu?
Początkowo myślałem, że skoro bieganie zyskało rozmach i wciąga tysiące nowych osób, to i ja częściej będę trafiał na tych aspołecznych. Zakładam, że odsetek buców wśród biegaczy jest taki sam jak w całej reszcie społeczeństwa.
Niewykluczone też, że tych ludzi po prostu nikt nie uświadomił, jakie są zwyczaje? Może widząc pozdrawiającego ich biegacza czują konsternację i nie wiedzą jak się zachować? Nie próbowali odmachnąć, więc nie wiedzą, że jeden prosty gest w połączeniu z uśmiechem może dodać energii na kilka kolejnych kilometrów? Może warto zacząć ich edukację? Podobno na naukę nigdy nie jest za późno. Tu idealnie wpisuje się zainicjowana przez Karinę Stadnicką akcja "Pozdrów biegacza" zachęcająca do takich, integrujących środowisko zachowań, której za tę inicjatywę przybijam piątkę. Więcej informacji znajdziecie na blogu Kariny >klik< oraz na fanpejdżu akcji >klik<
Biegacze, pozdrawiajmy się, to nic nie kosztuje! Chodzi przecież o to, żeby biegało się nam jeszcze przyjemniej.
Początkowo myślałem, że skoro bieganie zyskało rozmach i wciąga tysiące nowych osób, to i ja częściej będę trafiał na tych aspołecznych. Zakładam, że odsetek buców wśród biegaczy jest taki sam jak w całej reszcie społeczeństwa.
Niewykluczone też, że tych ludzi po prostu nikt nie uświadomił, jakie są zwyczaje? Może widząc pozdrawiającego ich biegacza czują konsternację i nie wiedzą jak się zachować? Nie próbowali odmachnąć, więc nie wiedzą, że jeden prosty gest w połączeniu z uśmiechem może dodać energii na kilka kolejnych kilometrów? Może warto zacząć ich edukację? Podobno na naukę nigdy nie jest za późno. Tu idealnie wpisuje się zainicjowana przez Karinę Stadnicką akcja "Pozdrów biegacza" zachęcająca do takich, integrujących środowisko zachowań, której za tę inicjatywę przybijam piątkę. Więcej informacji znajdziecie na blogu Kariny >klik< oraz na fanpejdżu akcji >klik<
Biegacze, pozdrawiajmy się, to nic nie kosztuje! Chodzi przecież o to, żeby biegało się nam jeszcze przyjemniej.
17 września 2013
Przepis na życiówkę na kacu
Zdradzę ci tajemnicę. Tajemnicę po której śmiało będziesz mógł wyrzucić do kosza plany treningowe i diety. Daję ci świeży, bo zaledwie kilkudniowy przepis na to jak pobiec życiówkę na 10 kilometrów w dzień po weselu. Na mnie podziałało, więc może i Tobie pomoże.
W piątek przed weselem starasz się zrobić jakiś lekki trening, żeby się nie zajechać. Żona i inne panie z pewnością liczą, że wieczorem pokażesz conieco ze swoich niedoskonałych umiejętności tanecznych. Na rozpisce widnieje zabawa biegowa. Jak ostatni debil wierzysz, że ma to związek z zabawą. Coś ci ten trzeci zakres nie gra, ale szybko zagłuszasz wątpliwości. Wychodzisz więc z domu, a powietrzu czuć już chłodną jesienną wilgoć. Po piętnastu minutach rozbiegania jedziesz dwadzieścia serii: minuta w trzecim zakresie tętna na minutę truchtem. Po czwartej serii masz ochotę rzucić butami w drzewo. Klniesz i wymyślasz sobie od najgorszych. Dwudziestą kończysz z rękami w górze ciesząc się jakbyś przebiegł w wymarzonym czasie półmaraton. Głupek.
O piętnastej już ledwo żyjesz i tylko myślisz, gdzie tu głowę przyłożyć do poduszki. Żeby nie było lipy wieczorem idziesz na piętnastominutową drzemkę. Dostajesz drugie życie.
W piątek przed weselem starasz się zrobić jakiś lekki trening, żeby się nie zajechać. Żona i inne panie z pewnością liczą, że wieczorem pokażesz conieco ze swoich niedoskonałych umiejętności tanecznych. Na rozpisce widnieje zabawa biegowa. Jak ostatni debil wierzysz, że ma to związek z zabawą. Coś ci ten trzeci zakres nie gra, ale szybko zagłuszasz wątpliwości. Wychodzisz więc z domu, a powietrzu czuć już chłodną jesienną wilgoć. Po piętnastu minutach rozbiegania jedziesz dwadzieścia serii: minuta w trzecim zakresie tętna na minutę truchtem. Po czwartej serii masz ochotę rzucić butami w drzewo. Klniesz i wymyślasz sobie od najgorszych. Dwudziestą kończysz z rękami w górze ciesząc się jakbyś przebiegł w wymarzonym czasie półmaraton. Głupek.
O piętnastej już ledwo żyjesz i tylko myślisz, gdzie tu głowę przyłożyć do poduszki. Żeby nie było lipy wieczorem idziesz na piętnastominutową drzemkę. Dostajesz drugie życie.
12 września 2013
Nie dać się zmiażdżyć - drugie starcie z triathlonem
Stajemy z triathlonem nad Jeziorem Końskim pod Przechlewem. On pokazuje mi
bojki, ja odpowiadam, że do ogarnięcia na luzaku. On tylko czeka na takie
myśli. To tak jakbym sam wręczał mu do ręki młotek, którym zabije wieko mojej
trumny. Triathlon pielęgnuje te myśli i podsyca, a potem, gdy wreszcie się z nim
mierzę bierze do ręki młotek i napierdziela ile sił. Tak było w Malborku,
gdzie wydawało mi się, że bieganie to będzie formalność. Podobnie było w
Przechlewie, gdzie po malborskim debiucie stwierdziłem, że pływam całkiem
całkiem.
Pływania nie zapomnę chyba do końca życia. Pralka od startu
do mety. Na początku standard ktoś wpłynął na mnie, ja na kogoś. Jakieś
delikatne zaloty w stylu smyranie po nogach. Ale ileż można? Jacyś tacy natarczywi ci adoratorzy. Najpierw myślałem,
że pewnie od skrętu na pierwszej bojce stawka się rozciągnie i zalotnicy odpuszczą. Potem myślałem, że
od drugiej. Potem nie miałem już wcale nadziei, że to się kiedyś skończy.
Ilekroć złapałem rytm... jebudu... i tak co chwilę. Pozdrawiam pana w piance z
czerwonymi wstawkami z którym kopaliśmy się naprzemiennie przez około 700 m.
Kiedy się wreszcie rozluźniło i pomyślałem, że na spokojnie dopłynę do
mety, to okazało się, że wypadłem z głównego nurtu i walę prosto w szuwary. No
kurcze… Szybka korekcja kursu i wróciłem do kopaniny. Ile ja tam zdrowia
straciłem niech świadczy fakt, że kiedy wybiegłem wreszcie z wody, to dalej
byłem w pralce. Z chwilą wyjścia na brzeg moją ktoś przełączył na
wirowanie. Spojrzenie na zegarek i czas 21:40. Cieniutko. Nawet jeśli przepłynęliśmy 1.15 km (jak pokazały zegarki
Garminowców) zamiast 0.95 km (jak być powinno), to i tak licho. Miał być szuwarowy Ian Thorpe, a wyszła zwykła kłoda tartaczna. Na
nic zdały się kilometry przepłynięte w jeziorze. Trzeba wrócić do basenowej tyrki. Triathlon kolejny raz pogroził paluszkiem: „Kolego, nie czuj się zbyt pewnie i naucz się pływać tak szybko żeby cię następnym razem nie skopali”.
| Młocka od początku do końca. |
3 września 2013
Urlop od biegania, czy urlop z bieganiem
Każdy, nawet najpiękniejszy urlop kiedyś dobiega końca. Odkąd biegam w pamięci zawsze mam pierwszy dzień. Ta chwila, gdy budzę się rano. Przecieram zaspane oczy. Powieki jeszcze delikatnie kleją się do siebie niczym przepocony podkoszulek Indiany Jonesa do ciała Harrisona Forda. Budzik nie dzwonił, ale wiem, że nie powinien. Powinienem przetoczyć się leniwie do kuchni po kubek z kawą, ale nie... myśli już zaczęły bieg. Hulają sobie szaleńczo po zaspanej głowie. Kłębią się i bzyczą nieznośnie, co rusz żądląc sumienie pytaniami o treningi. Jak tak ma wyglądać każdy poranek, to ja chromolę.
Urlop od trenowania
Dlatego lepiej wcześniej zadać sobie pytanie, czy trenować, czy nie? Odpowiedź nie jest tak do końca oczywista. Urlop dla osoby regularnie trenującej i startującej to okres, który jeśli nie jest odpowiednio wcześniej zaplanowany może stać się zmorą. Z relaksu przeistacza się w czas w którym jesteś poddawany nieustannej presji. Ciągłym naciskom. Z jednej strony presja rodziny, która choć zapewnia cię, że "wcale nie" to jednak liczy, że spędzisz z nimi więcej czasu niż tylko te kilkadziesiąt sekund, gdy przesiadasz się z roweru na buty do biegania. Która choć tego krótkiego wycinku w roku wolałaby nie układać pod twój plan treningowy. Taki urlop... wiesz... "jak normalni ludzie". Ty już oczyma wybujałej wyobraźni widzisz siebie w klapkach kubota, gdy jak przeciętny rodak robisz sobie wolne od wszystkiego poza obsługą grilla. Masz wylane na plany, założenia i starty. W końcu świat się nie zawali. Czy to aby możliwe? Czy kiełbasa nie otłuści ci łydek, a wypite piwo nie zatopi żmudnie budowanej formy? Możesz mi wierzyć. Zaaplikowałem sobie ten typ w maju. Siedem dni laby. Dni bez pracy i treningów. Mój plan treningowy runął w gruzach. Moje poukładane życie wywaliło się do góry nogami, ale kurcze... warto było. Dzięki detoksowi już wiem, że nie ma dla mnie ratunku. "Cześć. Mam na imię Błażej i jestem uzależniony od ruchu." Po takim odwyku człowiek cieszy się na myśl o treningu, jak pies na widok piłeczki. Stęskniłem się na tym urlopie za bieganiem. Stęskniłem jak-nie-wiem-co. Fajnie żeglować przez tydzień, ale biegać fajnie przez resztę roku. Co więcej taki odpoczynek nie odbił się na formie, a do treningów wróciłem dużo chętniej i bardziej zaangażowany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


