Kierowcy trąbiący na widok biegacza i pukający się w głowę
raczej nie nastrajają do obnoszenia się ze swoją biegową pasją. Z drugiej
strony nie ma co się tym ludziom dziwić. Wokół pola. Gdybym ja zasuwał cały
dzień na roli, pewnie też ostatnią rzeczą o jakiej bym myślał byłoby bieganie.
Niemniej, tak ekspresyjne obnoszenie się ze swoim zaskoczeniem sprawiło, że tym
razem na wypad w okolice Wisznic na Podlasie postanowiłem zabrać szosę, a
bieganie sobie odpuścić.
 |
Polska gościnność a'la Podlasie. Panowie drogowcy rozwijają świeżutki asfalt. |
Szybki rzut oka na mapę i na pierwszy strzał poszła droga z
Wisznic do Parczewa. Wybór raczej mało trafny, bo zyskała w moim prywatnym
rankingu tytuł najnudniejszej trasy rowerowej. Autostrady przy niej, to szczyt
urozmaicenia. Na dwudziestu trzech kilometrach są tam tylko trzy i to w dodatku
niezbyt ostre zakręty. Nie ma tam żadnego poważnego wzniesienia na które trzeba
by wjechać, a krajobraz na około do głównie pola. Do tego trafiłem z pogodą,
kiedy była pełna lampa, ani kapki cienia i dwadzieścia osiem kresek na
termometrze. Jadąc przypominają się pustynne krajobrazy rodem z USA, gdzie
prosta nitka asfaltu ciągnie się hen daleko delikatnie rozpływając się na linii
horyzontu. Jedynie pozarywane miejscami pobocze wybudza z letargu, bo inaczej
można spokojnie się zdrzemnąć pedałując.